Każde dziecko wie, że wiosną może padać drobny deszcz, latem mocno świeci słońce, jesienią często wieje, a w zimie pojawiają się mróz i śnieg. Jeśli do małego plecaka zmieści się tylko kilka przedmiotów, to niewątpliwie warto spakować pelerynę z kapturkiem, która ochroni przed deszczem i wiatrem, a w lecie pozwoli stworzyć upragniony cień. Czerwona pelerynka Kapturka była wyjątkowa dzięki temu, że została uszyta z miłością przez mamę. A miłość ma niezwykłe właściwości: pozwala spokojnie zasnąć po ciężkim dniu; pomaga pogodzić się z koleżanką czy kolegą po kłótni; wspiera naukę różnych przydatnych umiejętności, a do tego natychmiast leczy po upadku, uderzeniu czy zdarciu kolana.
Niektóre dzieci stanęły u progu tak trudnej podróży, że miłość rodziców, dziadków, przyjaciół, całej rodziny i wszystkich znajomych, a nawet nieznajomych, skupiła się nad nimi, tworząc wyjątkowe nakrycia – długie, mocne i lśniące w słońcu peleryny – po prostu złote kapturki. Pod każdym kapturkiem skrywa się inna osoba, może Julka albo Zuzia, Franek lub Jaś i zapewne Ty. Jeśli tylko chcesz, to poproś dorosłego lub samodzielnie zmieniaj imię Złotego Kapturka na własne. Możesz także wymienić dowolne szczegóły tej historii, żeby jak najlepiej opowiadała o Tobie i Twojej przygodzie.
***
Złoty Kapturek, jak wszystkie dzieci, uwielbiał bawić się z innymi, rzucać piłkę, biegać, jeździć na rowerze, pływać w morzu i jeziorze, a niekiedy także psocić. Znał na pamięć nazwy większości dinozaurów, doskonale udawał różne zwierzęta, a nawet pojazdy. Jednak najbardziej na świecie uwielbiał przytulać się do rodziców oraz jeść wszystkie pyszności, które przygotowała babcia. Często śmiał się z radości, czasem płakał, bał się czegoś albo okropnie denerwował, że nie wszystko udało się zrobić tak, jak chciał.
Kapturek wiedział, że warto myć ręce i zęby, jeść dużo warzyw i co jakiś czas odwiedzać lekarzy, którzy sprawdzali, czy zdrowo rośnie. Czasami trzeba było pójść z rodzicami do laboratorium, w którym pielęgniarki pobierały krew do specjalnej strzykawki, aby później zbadać, czy różne elementy krwi, witaminy i minerały są w odpowiedniej ilości. Pewnego dnia Złoty Kapturek poczuł się gorzej – nie miał siły biegać, nie chciało mu się jeść. Do tego czuł się senny. Ponieważ objawy nie mijały, rodzice zaprowadzili Złotego Kapturka do laboratorium. Po otrzymaniu wyników badań szybko zabrali go do znajomej pani doktor, która zawsze miała na biurku naklejki do obdarowywania dzielnych pacjentów. Ale tym razem zamiast wesołej rozmowy, Kapturek usłyszał zdenerwowanie w głosie mamy. A przecież mama prawie niczego się nie bała.
Rodzice razem z lekarką starali się wytłumaczyć Złotemu Kapturkowi, że teraz musi pojechać z mamą do szpitala, żeby sprawdzić, czy w jego ciele nie zamieszkała jakaś choroba. To akurat było jasne, ale Kapturek nadal nie mógł zrozumieć, że w szpitalu miałby się bawić, jeść, a nawet spać – po prostu tam mieszkać. Bez swojego pokoju, większości zabawek, ale przede wszystkim bez obecności taty i siostry oraz odwiedzin u kochanej babci. To u niej spotykała się cała rodzina i zawsze było tak wesoło.
Po powrocie do domu rodzice pomogli Złotemu Kapturkowi spakować ulubioną poduszkę, piżamę, kilka książeczek oraz najwspanialszego Misia na świecie. Bo kto by chciał wybrać się do szpitala bez wsparcia ukochanego misia, pieska, dinozaura, lalki albo samochodziku? Złoty Kapturek zastanawiał się, co jeszcze mógłby schować do swojego plecaczka. Przypomniał sobie o zdjęciu ze starszą siostrą, muszelkach zebranych na plaży i szyszce znalezionej w lesie. Ta z kolei skojarzyła mu się z postacią z bajki – dziewczynką, która z koszykiem pełnym smakołyków przewędrowała cały las, spotykając po drodze złego Wilka. Jak się okazało, Wilk popsuł jej plany spotkania z Babcią. Jednak ostatecznie, dzięki pomocy odważnego Gajowego, dziewczynka znalazła się w ramionach kochanej Babci w jej spokojnym domku. – Mam nadzieję, że ja też zaraz wrócę do domu i wszystkich przytulę – pomyślał Złoty Kapturek. Nawet nie zauważył, że nad jego głową zawisła złota pelerynka stworzona z miłości i troski osób, które go znały.
***
Początki w szpitalu nie były łatwe. Wiele nowych osób, dziwne dźwięki, a nawet zapach. Zamiast domu sala, w której mieszkały jeszcze inne dzieci i ich rodzice. Tylko łóżko było własne, ale też zupełnie inne niż znane dotychczas. Na szczęście Kapturek mógł spać na zabranej z domu poduszce, przytulać Misia, a w małej szafce trzymać ulubione książeczki. Na powitanie dostał kolorową pościel, własny kubeczek, a mama piękną filiżankę. Dzięki temu mogli stworzyć swój prywatny kącik.
Najtrudniej było przyzwyczaić się do szpitalnego rytmu. Chociaż pielęgniarki robiły co w ich mocy, czasami poranne mierzenie temperatury wybudzało dzieci i nie mogły już zasnąć. Wizyty personelu medycznego działały onieśmielająco, niekiedy powodowały także lekki strach, czy trzeba będzie wykonać nieznane badanie. Wkrótce po przyjeździe do szpitala Złotemu Kapturkowi założono wkłucie centralne, czyli specjalną rurkę wprowadzoną pod skórą do żyły. Dzięki temu pielęgniarki nie musiały kłuć igłą jego ręki przy każdym pobieraniu krwi.
Do ustalenia, na co choruje Złoty Kapturek, potrzebne były także badania szpiku kostnego, czyli tkanki produkującej elementy krwi. Kapturek został uśpiony, aby nie bolało, a lekarz pobrał malutką część kości zawierającą szpik, którą później zbadano w szpitalnym laboratorium. Nazwa choroby, którą wykryto w ciele Kapturka brzmiała bardzo poważnie, ale nie miał on pojęcia, co oznacza. Z pomocą przyszli pracownicy oddziału – dokładnie opowiedzieli, w jaki sposób będzie przebiegało leczenie i jakie trudne objawy mogą mu towarzyszyć. Przed podaniem leków Kapturek został skierowany do gabinetu, w którym stała maszyna do robienia specjalnych zdjęć różnym fragmentom ciała. Lekarze chcieli być pewni, że nic więcej mu nie dolega.
Z rozmów z innymi dziećmi Złoty Kapturek wiedział, że czasami badania wykonywane są na leżąco w specjalnej tubie, za pomocą której można podejrzeć wnętrze ciała i znaleźć niepokojące zmiany. Na szczęście jest to bezbolesne. Jak się okazało, rodzaj przeprowadzanych badań zależał od tego, jaka choroba towarzyszyła dzieciom. Oprócz tego już po kilku dniach pobytu na oddziale Kapturek zauważył, że dzieci różnią się od siebie wyglądem oraz tym, na jakie zabawy mają siłę. Niektóre dzieci miały bardzo jasną skórę, inne ciemne plamy pod oczami albo powiększone brzuszki. Części wypadły wszystkie włosy. Co jakiś czas Kapturek widział, że jego kolega leży na łóżku podłączony do kroplówki, czyli cienkiej rurki, przez którą płynął potrzebny lek.
Pewnego dnia także Złoty Kapturek rozpoczął przyjmowanie leków w formie kroplówki wpiętej do wkłucia centralnego. Wiedział, że to bardzo potrzebne, ale czasami bolał go brzuch, nie miał ochoty nic jeść, a nawet wymiotował. W takie dni trudno było mu wstać z łóżka, nieraz odmawiał rozmowy z kolegami i okropnie tęsknił za domem. Na szczęście były też chwile przepełnione śmiechem i drobnymi aktywnościami, gdy Kapturkowi wracała energia. Wtedy wszystko wydawało się lepsze. I najważniejsze – obok była jego kochana mama, gotowa ukoić ból i stres, opowiedzieć zabawną bajkę oraz snuć plany na przyszłość.
***
Każdego dnia było trochę łatwiej. Złoty Kapturek poznał nowe koleżanki i kolegów, z którymi mógł spędzać czas. Wspólnie czytali, rysowali, a nawet śpiewali. Czasami na oddział przychodzili wolontariusze – pani Magda, Ola, pan Mateusz i Piotrek, którzy przynosili nowe kolorowanki, opowiadali śmieszne historie albo wymyślali zabawy i konkursy, w których mogły wziąć udział wszystkie dzieci. Pewnego dnia pani Ola przeczytała bajkę o Czerwonym Kapturku i powiedziała: – Każdy człowiek na świecie może spotkać złego wilka, którego trzeba będzie pokonać, żeby spokojnie żyć.
Po krótkim namyśle Złoty Kapturek zaproponował: – Może narysujemy swoje wilki. – I możemy je nazwać! – podchwyciło któreś dziecko. Wszyscy zabrali się do pracy i powstała cała galeria tych groźnych zwierząt: małe, duże lub ogromne; chude i grube; z krzywymi łapami albo zębami; niektóre z jednym okiem; bardzo puchate lub całkiem gładkie. A imiona? Tak wyjątkowe, jak tylko dzieci mogły wymyśleć. – Mojego wilka nazwę „Białaczka” – postanowiła nagle koleżanka z sali Kapturka. Chwilę później do Białaczki dołączyło kilka innych Białaczek, Neuroblastom, Mięsaków, Chłoniaków, Guzów, jedna Retinoblastoma i nazwy podobne do pozostałych nowotworów, które mogą pojawić się w ciele dzieci. Wszyscy byli pewni jednego – żeby wygrać z wilkiem, trzeba znaleźć coś silniejszego od niego.
Co na szpitalnym oddziale Kapturka mogło być silniejsze od wilków? Na pewno lekarstwa – w formie tabletek, zastrzyków, kroplówek albo nawet operacji. O ich podawanie dbali pracujący w szpitalu lekarze i pielęgniarki. Ale na tym ich rola się nie kończyła. Codziennie przychodzili sprawdzić, jak czują się pacjenci. Rozmawiali z rodzicami, aby rozwiać ich wątpliwości, wyjaśnić kolejne działania, a w razie potrzeby dodać im otuchy. Wiedzieli, co można zrobić, by uratować Złotego Kapturka z rąk złego wilka.
Niełatwy czas spędzony w szpitalu rozświetlały zabawy w towarzystwie nowych przyjaciół. Jak dzieci mogły spędzać czas na oddziale? Robiąc to, na co miały ochotę i siłę. Jednego dnia wspólnie budowały z klocków, a innego słuchały i wymyślały historyjki lub kolorowały. Nawet drobne sprzeczki sprawiały, że można było poczuć namiastkę zwyczajnego życia. Czasem na oddziale rozbrzmiewał głośny śmiech, innym razem można było zobaczyć tylko słabiutki uśmiech – oba tak samo ważne i wzmacniające w dzieciach wewnętrzną siłę potrzebną do pokonania choroby.
Tęsknotę za rodziną i kolegami pomagały zmniejszyć życzliwe rozmowy przez telefon i przesyłanie zdjęć pokazujących, co dzieje się u najbliższych. Oddział znajdował się na pierwszym piętrze, więc Kapturek nieraz mógł zobaczyć tatę i siostrę przez okno, a przy dobrej pogodzie nawet przez chwilę z nimi porozmawiać. Czasami miał wrażenie, że czuje na swoich ramionach ogromną miłość. Może były to myśli pełne wsparcia zmieniające się w nici złotej peleryny?
Jak dość szybko się okazało, tęsknota nie dotyczyła tylko dawnych znajomych. Co pewien czas na oddziale rozbrzmiewał najpiękniejszy dźwięk – dźwięk Dzwonu Życia. Każde dziecko po wyzdrowieniu miało możliwość pożegnać się z kolegami i pracownikami oddziału, a następnie pociągnąć za specjalny dzwonek, którego dźwięk oznaczał zakończenie szpitalnej przygody i rozpoczęcie nowego etapu. Każdej ceremonii towarzyszyło wzruszenie i ogromna radość, ale czasem pojawiał się także smutek lub złość z powodu rozłąki. Bywała też zazdrość, że i tym razem to nie Kapturek wracał do swojego domu.
***
Po kilku trudnych miesiącach leczenia również Złoty Kapturek usłyszał wspaniałą wiadomość. Przyjaźń i radosne zabawy z kolegami, nieustanna troska personelu oraz miłość i ciepłe słowa bliskich miały prawie tak wielką moc, jak same leki, które krążyły w ciele dziecka. Splotły się razem, tak bardzo umacniając złotą pelerynę, że Kapturek doczekał się wymarzonej chwili – choroba ukryta pod postacią złego wilka wreszcie się wycofała. Kilka dni później Złoty Kapturek pożegnał się ze wszystkimi, z całej siły pociągnął za Dzwon Życia i razem z mamą wyruszył do domu babci na spotkanie z … .
W Międzynarodowym Dniu Walki z Nowotworami Dziecięcymi wszystkim Złotym Kapturkom, ich bliskim oraz personelowi medycznemu z pediatrycznych oddziałów onkologicznych życzymy małych i dużych radości, wiele siły, możliwości wytchnienia, a nade wszystko zdrowia – niech Dzwon Życia rozbrzmiewa głośno i często!
Zapraszamy do wspólnej zabawy ze Złotym Kapturkiem. Pliki do pobrania